Czas biegnie nieubłaganie. I choć wydawałoby się, że sytuacja frankowiczów po korzystnych wyrokach TSUE już nie może się zmienić na lepszą, to każdy miesiąc przynosi nowe problemy i też ich rozwiązania.

W międzyczasie dotarł do nas ten straszny wirus SARS CoV-2 i kurs franka też się nieco zmienił.

 

Wciąż aktualne jest więc pytanie: czy teraz jest dobry czas na walkę w sądzie?

Żeby jednak odpowiedzieć na to podstawowe pytanie, musimy zadać sobie kilka innych. Jak sądzę, też sobie je zadajesz.

 

  1. Płacić czy nie płacić rat kredytu?

Oczywiście jedną z najważniejszych zasad w prawie cywilnym jest zasada pacta sunt servanda, czyli umów należy dotrzymywać.

Od każdej zasady przewidziano jednak wyjątki.

Możemy tu mówić o kilku argumentach, które przemawiają za niepłaceniem:

I. według naszych wyliczeń, wskutek nieobowiązywania klauzul abuzywnych w umowach frankowych, doszło do nadpłaty i po prostu bankowi już nic się nie należy;

II. kredyt od początku był nieważny, a zatem dokonywanie wpłat nie opiera się na ważnej podstawie prawnej i stanowi świadczenie nienależne;

III. chcemy zmusić bank do pozwania nas w procesie – jako element przyjętej taktyki procesowej.

Ten ostatni punkt rodzi największe kontrowersje. Wydaje się, że nie powinniśmy wyłącznie na nim opierać naszej decyzji o zaprzestaniu spłaty rat. Umowa wciąż wiąże i jeżeli nie doszło do nadpłaty, powinniśmy wykonywać umowę, którą przecież dobrowolnie zawarliśmy.

  1. Co się stanie, jak przestaniemy płacić raty?

To prawdopodobnie najprostsze pytanie, bo wiemy, że wówczas bank wypowie nam kredyt. Oczywiście musi minąć określony w umowie okres wypowiedzenia.

Po wypowiedzeniu bank zażąda od nas natychmiastowej wypłaty całości, czyli wyśle do nas wezwanie do zapłaty.

Między wypowiedzeniem a wezwaniem do zapłaty może jeszcze podjąć próbę rozmowy na temat powrotu do spłat. Być może również padnie propozycja restrukturyzacji długu. Trzeba w toku tych negocjacji zachować czujność.

Niedawno moja Klientka dopytywała się, czy zawiesić kredyt w związku z koronawirusem?

Co się okazało? Zaproponowany aneks zawierał takie postanowienia, które może nie pozbywały jej prawa dochodzenia swoich ewentualnych roszczeń wynikających z tego, że pierwotna umowa zawierała klauzule niedozwolone, ale z pewnością znacznie utrudniłyby jej dochodzenie praw.

Mijają kolejne miesiące (najczęściej około 4 do 8 miesięcy) od chwili zaprzestania spłat i bank kieruje pozew do sądu. Otrzymamy go, w zależności od sytuacji w danym sądzie (pamiętajmy, że zaległości przez koronawirusa raczej się nie zmniejszą), po następnych przykładowo 2 miesiącach.

Jeżeli więc zaprzestaniemy spłaty, musimy podjąć się obrony, czyli odpowiedzieć na pozew dopiero po około 8-12 miesiącach od chwili zaprzestania spłaty kredytu.

[Na marginesie: prawie zawsze też możemy wrócić do spłacania, jeżeli uda nam się porozumieć z bankiem – a będzie to możliwe po spłacie zaległości. Niemniej wówczas na pewno znowu zostanie nam zaproponowany aneks, jak zawsze, korzystny dla banku i raczej w tej sytuacji nienegocjowalny.]

  1. A czy sąd może zatrzymać spłatę rat?

No właśnie, trafiamy ostatecznie przed sąd i czy wtedy możemy złożyć wniosek o to, żeby sąd postanowił zawiesić spłatę rat?

Powoli takie postanowienia zaczynają się pojawiać. Odbywa się to w drodze zabezpieczenia roszczenia.

Wyjaśnijmy jednak, że jest to możliwe co do zasady w tych sprawach, w których to my pozwaliśmy bank. Nie ma też oczywiście gwarancji, że sąd takie postanowienie wyda.

Z kolei w sprawach, w których bank pozwał nas, ten problem nie występuje, bowiem bank nie może nas zmusić do spłaty rat dopóki nie wygra sprawy i sąd zasądzi od nas kwotę kredytu.

  1. Czy będziemy musieli nagle spłacić całość kredytu?

Idźmy zatem dalej. Załóżmy, że jednak przegrywamy sprawę, którą wytoczył nam bank, i co wtedy? Nagle mamy do spłaty kilkaset tysięcy i co teraz? Czy bank zabierze nam nasze mieszkanie lub dom?

To może po kolei.

Powiedzieliśmy już sobie wcześniej, że od chwili zaprzestania spłat, minie co najmniej kilka miesięcy do czasu, gdy otrzymamy z sądu pozew, na który musimy przygotować odpowiedź.

Zaczyna się wówczas proces, który (jeżeli nie popełnimy jakiegoś błędu formalnego) potrwa kilka lat(!).

Bo dopiero wyrok sądu II instancji stanowi podstawę do wszczęcia postępowania egzekucyjnego.

Samo postępowanie egzekucyjne prowadzone zasadniczo przez komornika również może toczyć się od kilku miesięcy do kilku lat. Najdłużej w praktyce trwa właśnie egzekucja z nieruchomości. Najszybciej zajęte będzie konto w banku.

[Na marginesie: nie ma czegoś takiego jak windykacja pozasądowa! Nikt nie może zabrać nam niczego, zająć konta, ściągnąć środków z wynagrodzenia za pracę itd. – bez orzeczenia sądu!]

Dla jasności:

powyższe wyjaśnienia nie są zachętą do zaprzestania spłat, obstrukcji procesowej czy nielegalnego przeszkadzania komornikowi w wykonywaniu jego obowiązków. Chodzi wyłącznie o świadomość własnych praw i świadomość co do ścieżki ich realizacji.

Dodajmy na koniec:

jeżeli nawet przegramy (a mało prawdopodobne wydaje się – wobec obecnie przeważającego orzecznictwa – żeby dotyczyło to całości kredytu), to i tak sąd może rozłożyć zasądzone na rzecz banku świadczenie na raty! Czyli de facto wrócimy do punktu wyjścia. Dojdą też odsetki i koszty procesu. Ale co do żądania głównego nie może ono ulec zwiększeniu wobec tego, co jesteśmy winni bankowi obecnie.

Do tego oczywiście dochodzi w takiej sytuacji ryzyko kursowe – ale tego ryzyka w ogóle nie jesteśmy w stanie ocenić.

Podsumujmy powyższą odpowiedź.

Nic nie stanie się wcześniej niż po kilku latach. Czy to od zaprzestania spłat przez nas czy od pozwania przez nas banku.

Bilans ewentualnych zysków i strat (których nie jesteśmy w stanie przewidzieć) i ryzyko z tym związane powinniśmy jednak przeprowadzić zanim zaczniemy walkę z bankiem.

  1. A co, jeżeli sąd unieważni umowę, i czy wtedy będę musiał nagle zapłacić całość kredytu?

Powyżej omówiliśmy sytuację, gdy przegrywamy proces wytoczony nam przez bank – w całości lub w większej części (bo nie zapominajmy – można częściowo wygrać i częściowo przegrać).

A co, jeżeli wygramy? Czyli w sumie powinniśmy być bardzo zadowoleni, bo sąd „unieważnił” naszą umowę? Racja była po naszej stronie.

Sądy co raz częściej decydują właśnie o „unieważnianiu” umów frankowych.

Czy jednak w takim wypadku nie istnieje ryzyko, że nagle musimy bankowi oddać wszystko, co do tej pory otrzymaliśmy?

Przede wszystkim zauważmy, że my przecież przez te wszystkie lata dokonywaliśmy spłat. Zatem albo powstała nadpłata albo ewentualnie już znacznie niższa niedopłata.

 

Ale jeżeli sąd stwierdza nieważność umowy, to uznaje się, że powstają dwa osobne roszczenia: jedne banku wobec nas, a drugie nasze wobec banku.

Należy wtedy rozróżnić dwie sytuacje.

I.  Jeżeli zatem to my pozwaliśmy bank, to sąd powinien zasądzić od banku kwotę zwrotu wszystkiego, co do tej pory wpłaciliśmy.

Natomiast co do tego, czy bankowi przysługuje roszczenie wobec nas, toczy się szeroka dyskusja. No i bank może podnieść zarzut potrącenia.

Jak to będzie wyglądało w orzecznictwie, praktyka sądów pokaże.

II. Jeżeli natomiast to bank nas pozywa, to wówczas sąd może zasądzić na rzecz banku kwotę tego, co nam wypłacił – oczywiście bez żadnych przeliczników, tylko czystą kwotę udzielonego kredytu w PLN.

Wówczas przysługuje nam roszczenie wobec banku o zwrot tego, co my wpłaciliśmy przez wszystkie lata.

Wskazane byłoby podniesienie zarzutu potrącenia co do naszych żądań wobec banku. Jeżeli to się nie uda, to konieczne będzie dochodzenie tej kwoty w osobnym procesie. Który znowu może potrwać kilka lat.

Powyższy opis odpowiada tzw. teorii dwóch kondykcji w zakresie świadczeń nienależnych.

Praktyka w tym zakresie dopiero się wypracowuje.

 

Ugoda?

A może być też tak, że w sytuacji, gdy przewidywany wyrok – bo w sprawach frankowych sąd ma obowiązek pytać konsumenta o zdanie – będzie właściwie prawie pewny, bank rozważy jednak zawarcie ugody. Póki co to mrzonka. Ale nigdy nie wiadomo, jakie będzie podejście banków za 2-3 lata, po setkach przegranych spraw.

 

Podsumowanie

Ostatecznie podsumowując powyższe: wszelkie procedury toczą się latami i trwają wystarczająco długo, by nie zaprzątać sobie głowy rozważaniami, że jeżeli przestaniemy spłacać raty kredytu, na drugi dzień zapuka do nas komornik i każe nam się wyprowadzić.

Nie oznacza to, że nie należy przeprowadzić analizy zysków i strat.

Obecnie orzecznictwo jest korzystne dla frankowiczów. I oby tak zostało.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: frankowicze@kancelaria-koenner.pl

Okres świąteczny to dobry czas na przemyślenie i przedyskutowanie tego pytania.

 

No właśnie – przecież skoro mam środki na spłatę rat i kurs franka, chociaż delikatnie mówiąc nie jest najlepszy, to jednak dosyć stabilny od dłuższego czasu, to po co teraz o tym myśleć. Po co się zastanawiać nad tematem, który jednak wymaga pewnego wysiłku – wyszukania dokumentów, kontaktu z bankiem, i w ogóle myślenia o czymś, o czym najchętniej byśmy zapomnieli.

Żeby odpowiedzieć na to pytanie, warto wiedzieć, jak wygląda stosowanie prawa przez sądy.

Właściwie powiem rzecz banalną, bo kto inny jak frankowicze mogli się o tym najlepiej przekonać, często niestety na własnej skórze. Przepisy się niewiele zmieniają, ale ich interpretacja bardzo mocno!

ZBP twierdzi, że do niedawna banki wygrywały 90% spraw przeciwko kredytobiorcom. Po pierwsze zapominają jednak dodać, że chodzi tu o wszystkie sprawy przeciwko kredytobiorcom, nie tylko więc w sprawach frankowych. Po drugie nie mówią najważniejszej kwestii – że teraz linia orzecznicza się przełamała na korzyść frankowiczów.

W sądach polskich nastąpiło to około rok temu. Natomiast przed trybunałami europejskimi bardzo korzystna, prokonsumencka linia orzecznicza kształtuje się już od wielu lat. I w końcu w październiku zapadło niezwykle ważne orzeczenie w sprawie Państwa Dziubak przed właśnie sądem europejskim.

Ktoś jednak powie: „Zaraz, przecież w polskim prawie nie ma precedensów tak, jak to ma miejsce w prawie anglosaskim”. Na pewno kojarzymy z amerykańskich filmów, jak wstaje mecenas i powołuje się na precedens, np. w sprawie z 1913 roku Fitch vs Armond, i mamy zwrot w sprawie.

Otóż nie ma u nas tak rozumianego precedensu, ale niezwykle ważną rolę Sądu Najwyższego i – od czasu wejścia Polski do UE – tłumaczy się mocą autorytetu. W pewnym zakresie nawet te wyroki wiążą sądy, ale o wiele ważniejszy jest właśnie autorytet. Ja to nazywam precedensem faktycznym.

Oznacza to, że po nakreśleniu linii orzeczniczej – a chyba każdy woli sobie ułatwić sprawę niż utrudnić – mamy jasne wytyczne co do orzekania. 

No i wracając do naszego pytania – teraz jest właśnie najlepsza linia interpretacji przepisów dla tych konsumentów, którzy są jednocześnie frankowiczami. A jak pokazuje niedaleka historia, wszystko może się zmienić.

Przemyśl zatem postanowienia noworoczne i zdecyduj 🙂

 

Życzę zatem Radosnych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: frankowicze@kancelaria-koenner.pl

W tym miejscu rekomenduję oczywiście moją Kancelarię (!).

Ale jeżeli jednak nie chcesz (bądź nie możesz) – z jakichś przyczyn – ze mną współpracować, to możesz kierować się następującymi wskazówkami:

  1. Najlepiej wybierz kancelarię radcy prawnego lub adwokata – nawet, jeżeli nie ma on dużego doświadczenia w sprawach frankowych, to i tak ma uprawnienia do reprezentowania nas w sądzie i prawie na pewno jakieś doświadczenie sądowe, a przecież bez sądu się nie obejdzie (chyba że nagle banki zaczną masowo proponować rozsądne ugody 😉
  2. Jeżeli już chcesz skorzystać z usług firmy pośredniczącej, zażądaj podania danych konkretnej kancelarii lub radcy prawnego czy adwokata, który bezpośrednio będzie prowadził Twoją sprawę w sądzie, czyli otrzyma ostatecznie pełnomocnictwo procesowe – żebyś wiedział kto to jest i wtedy właściwie wrócisz do punktu 1-szego.
  3. Właściwie już chyba wszyscy na rynku oferują darmową wstępną analizę umowy – za to nie musisz płacić.
  4. Uważaj na nieustające reklamy na Facebooku – wciąż widzę reklamy, w których wyświetla mi się treść mniej więcej taka: „TSUE ogłosił wyrok! Frankowicze wygrali!” – to generalnie jest prawda, ale mowa jest wciąż o wyroku, który zapadł 3 października, więc trochę czasu już upłynęło.
  5. Oczywiście na pewno warto poczytać fora internetowe i opinie tam się pojawiające.
  6. Istnieją różne poglądy odnośnie do wynagrodzenia. Niektórzy twierdzą, że „premia za sukces powyżej 7%” to zdzierstwo. Albo, że „musisz zapłacić co najmniej 12.000 zł na starcie, bo jeżeli nie, to znaczy, że to słaba kancelaria”. Jeszcze inni piszą, że „za 2.000 zł na rozpoczęcie współpracy nikt nie będzie w stanie dobrze przygotować się do prowadzenia tego, jednak trudnego procesu sądowego”. 

Może skomentuję to w ten sposób:

  • niedopuszczalna w świetle zasad etyki radcowskiej i adwokackiej jest umowa, w której występuje wyłącznie success fee, czyli tylko premia za wygraną;
  • trzeba przyznać rację, że wciąż, mimo pewnych wypracowanych schematów i powtarzalnych fragmentów (czyli kopiuj-wklej) będzie to jednak indywidualna analiza – ona musi też (o czym pisałem TUTAJ przy omówieniu wyroku TSUE) uwzględniać obecną sytuację kredytobiorcy;
  • może pomocne będzie odwołanie się do rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 22 października 2015 r. w sprawie opłat za czynności radców prawnych (Dz.U. t.j. 2018 r., poz. 265) – przy czym chodzi tu o opłaty, które zasądza sąd w wyroku od strony przegrywającej sprawę, a nie o koszty ustalane w umowach w odniesieniu do wynagrodzeń mecenasów, bo przecież mamy swobodę umów 😉

Niemniej wygląda to tak, że zgodnie z § 2 rozporządzenia stawki minimalne wynoszą przy wartości przedmiotu sprawy:

1) do 500 zł – 90 zł;

2) powyżej 500 zł do 1500 zł – 270 zł;

3) powyżej 1500 zł do 5000 zł – 900 zł;

4) powyżej 5000 zł do 10 000 zł – 1800 zł;

5) powyżej 10 000 zł do 50 000 zł – 3600 zł;

6) powyżej 50 000 zł do 200 000 zł – 5400 zł;

7) powyżej 200 000 zł do 2 000 000 zł – 10 800 zł;

8) powyżej 2 000 000 zł do 5 000 000 zł – 15 000 zł;

9) powyżej 5 000 000 zł – 25 000 zł.

Natomiast w myśl § 15 ust. 3 rozporządzenia opłatę w sprawach wymagających przeprowadzenia rozprawy ustala się w wysokości przewyższającej stawkę minimalną, która nie może przekroczyć sześciokrotności tej stawki, ani wartości przedmiotu sprawy, jeśli uzasadnia to:

  1. niezbędny nakład pracy radcy prawnego, w szczególności poświęcony czas na przygotowanie się do prowadzenia sprawy, liczba stawiennictw w sądzie, w tym na rozprawach i posiedzeniach, czynności podjęte w sprawie, w tym czynności podjęte w celu polubownego rozwiązania sporu, również przed wniesieniem pozwu;
  2. wartość przedmiotu sprawy;
  3. wkład pracy radcy prawnego w przyczynienie się do wyjaśnienia okoliczności faktycznych istotnych dla rozstrzygnięcia sprawy, jak również do wyjaśnienia i rozstrzygnięcia istotnych zagadnień prawnych budzących wątpliwości w orzecznictwie i doktrynie;
  4. rodzaj i zawiłość sprawy, w szczególności tryb i czas prowadzenia sprawy, obszerność zgromadzonego w sprawie materiału dowodowego, w szczególności dopuszczenie i przeprowadzenie dowodu z opinii biegłego lub biegłych sądowych, dowodu z zeznań świadków, dowodu z dokumentów, o znacznym stopniu skomplikowania i obszerności.

Zatem zapraszam do współpracy – a zasady współpracy konkretnie z moją Kancelarią znajdziesz TUTAJ.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: frankowicze@kancelaria-koenner.pl

Taki tekst opublikowałem na stronach wyborcza.biz w lutym 2015 roku – przeczytaj sam i oceń, czy tekst ten stracił na aktualności?

A była to polemika z tekstem prezesa Cezarego Stypułkowskiego (Rzeczpospolita, 30.01.2015 r.)

Po „czarnym czwartku” rozgorzała dyskusja na tematy finansowe i prawne związane z kredytami we franku szwajcarskim.

Jednym z trudniejszych zagadnień okazało się rozróżnienie na:

kredyt denominowany (czyli taki, w którym kwota kredytu podana została we frankach, a wypłata nastąpiła w złotych polskich w kwocie odpowiadającej przeliczeniu z franków) i indeksowany (czyli kwota kredytu jest podana w złotych polskich, zaś w chwili wypłaty jest przeliczana stosownie do podanej kwoty we frankach).  

Prezes Cezary Stypułkowski podał swoją interpretację tychże kredytów pod znamiennym tytułem „O naturze kredytu we frankach” (Rzeczpospolita z 30.01.2015). Mianowicie stwierdził, że:

mechanika udzielania kredytów walutowych sugeruje, że – jakkolwiek trywialne może się wydawać to stwierdzenie – kredytobiorcy we franku zaciągnęli zobowiązanie w walucie obcej, które mogło stwarzać wrażenie zobowiązania zaciągniętego w walucie krajowej (…).

Pomijając ostatni fragment cytowanej wypowiedzi, który skądinąd w świetle wielu orzeczeń Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów może budzić duże zainteresowanie co do jednoznaczności postanowień umowy, chciałbym się odnieść do zasadniczej jej części.

Mianowicie właśnie w uzasadnieniu do wyroku SOKiK w Warszawie z dnia 14 grudnia 2010 r. (XVII AmC 426/09) rozstrzygającym o uznaniu za niedozwolone kilku klauzul we wzorcach umownych stosowanych przez Bank Millenium, Sąd ten stwierdził wprost, że:

kredyt indeksowany kursem waluty obcej jest to kredyt udzielony w walucie polskiej (…).

W konsekwencji Sąd uznał, że klauzule dotyczące indeksacji – zarówno te odnoszące się do salda kredytu, jak i poszczególnych rat – nie określają świadczenia głównego stron, a jedynie sposób wykonania umowy. Gdyż

świadczenie główne kredytobiorcy jest świadczeniem w walucie polskiej, a zostaje jedynie przeliczone na walutę obcą.

Czy z kolei kredyt denominowany należy jednak do kategorii kredytów walutowych. Oznaczałoby to, że został on udzielony w walucie obcej. Przeliczenie zaś na złote polskie miałoby znaczenie wyłącznie techniczne.

Otóż prawo polskie stoi na stanowisku, że zarówno kredyt indeksowany, jak i denominowany, nie są kredytami walutowymi. Wbrew twierdzeniu Pana Prezesa Cezarego Stypułkowskiego.

Zagadnieniem tym zajmowały się już choćby sądy administracyjne w kontekście podatkowym. 

I tak przykładowo w wyroku WSA w Gdańsku z dnia 3 czerwca 2008 r. (I SA/Gd 174/08) wskazano, że:

przyjmuje się, iż kredyt walutowy (dewizowy) – zaciągnięty jest w walucie obcej, spłata kredytu dokonywana jest w walucie obcej i potwierdzenie salda przez bank wyrażone jest w walucie obcej. Z kolei przy kredycie denominowanym (w zależności od nomenklatury stosowanej w różnych bankach bywa on także nazywany walutowym, indeksowanym) kredyt udzielany jest w walucie krajowej, ale w dniu podpisania umowy jego wartość jest przeliczana na walutę obcą według bieżącego kursu. 

Ponadto sąd ten dodał rzecz dla prawnika oczywistą, że:

o tym, czy mamy do czynienia z kredytem walutowym, czy też z kredytem denominowanym rozstrzyga treść umowy, nie należy więc kierować się wyłącznie użytą w umowie nazwą kredytu.

Właśnie dlatego tak ważne dla zrozumienia tego rozróżnienia jest sięgnięcie do art. 65 k.c. mówiącego o wykładni oświadczeń woli. Mianowicie w § 2 tego przepisu mowa jest o tym, że:

w umowach należy raczej badać, jaki był zgodny zamiar stron i cel umowy, aniżeli opierać się na jej dosłownym brzmieniu.

Otóż w tym miejscu pojawia się cała seria pytań. Czy zamiarem stron było jednak sfinansowanie zakupu lub budowy nieruchomości w Polsce, zapłata sprzedawcy, deweloperowi czy firmom budowlanym w złotówkach? Czy ktokolwiek płacił we franku szwajcarskim? 

Odpowiedzi są oczywiste. Chyba nikt z kredytobiorców nie pobierał z banku franków szwajcarskich, żeby następnie rozliczyć się z deweloperem szwajcarskim w walucie kraju jego siedziby?

Przedstawiony pogląd doskonale ilustruje „Rekomendacja Rady Prawa Bankowego przy Związku Banków Polskich w sprawie prawnych aspektów zmiany ustawy Prawo bankowe oraz ustawy o kredycie konsumenckim w zakresie spreadów walutowych” z dnia 6 września 2011 r. 

Rekomendacja ta powstała w związku z wprowadzonymi tzw. ustawą antyspreadową zmianami w prawie bankowym. Otóż wówczas w art. 69 pr. bank. pojawiły się pojęcia „umowy o kredyt denominowany lub indeksowany do waluty innej niż waluta polska” (zauważmy już teraz, że dodatek „do waluty innej niż polska” odnosi się do jednego i drugiego rodzaju umowy). 

Dokument ten zawiera odpowiedzi na liczne wątpliwości banków dotyczące interpretacji przepisów noweli. 

Przykładowo w odpowiedzi na pytanie dotyczące kwestii technicznych pojawiających się na tle nowych uprawnień klientów co do wyboru waluty spłaty oraz sposobu spłaty np. wobec braku obsługi kasowej walut obcych, Rada Prawa Bankowego wskazała, że:

ratio legis ustawy jest umożliwienie dokonywanie spłaty kredytu bezpośrednio w walucie, do której jest denominowany/indeksowany bez wyraźnego, jednoznacznego wskazania formy spłaty (gotówka czy bezgotówkowo). Dotychczas kredyt ten – jako kredyt nie będący kredytem walutowym — był uruchamiany i spłacany w PLN, a zatem przepis ten ma na celu umożliwienie bez dodatkowych ograniczeń prawnych dokonywania spłaty w walucie, do której jest denominowany/indeksowany.

A na pytanie nr 2: „Jaki zakres przedmiotowy obejmuje regulacja ustawy, w szczególności do jakiego typu kredytów bankowych nowe przepisy znajdują zastosowanie (kwestia kredytów denominowanych, indeksowanych i walutowych)?” Rada odpowiada stanowczo:

należy podkreślić, iż ustawa nie znajduje zastosowania w odniesieniu do kredytów walutowych tj. kredytów, w których kredyt jest uruchamiany przez bank i spłacany bezpośrednio w walucie obcej.

W tym samym punkcie Rada słusznie zauważa, że:

przepisy ustawy znajdą zastosowanie w odniesieniu do kredytów denominowanych i indeksowanych do waluty innej niż waluta polska. Ustawodawca w zakresie określenia typów umów kredytowych, do których stosować należy znowelizowane przepisy posłużył się pojęciem nieznanym dotychczasowemu ustawodawstwu jakim jest pojęcie kredytu denominowanego. Dotychczasowe przepisy aktów prawnych oraz m.in. rekomendacji Komisji Nadzoru Finansowego posługiwały się wyłącznie pojęciem kredytu indeksowanego.

Powyższe stanowisko stoi w jaskrawej sprzeczności z argumentacją zaprezentowaną przez Pana Prezesa Cezarego Stypułkowskiego. 

Pojawia się tutaj kolejne ciekawe pytanie dla sądów orzekających w sprawach „frankowiczów”? 

Skoro bowiem Prezes zarządu jednego z największych banków w Polsce nie zna prawnego znaczenia kredytu denominowanego czy indeksowanego (bądź ewentualnie jest stronnikiem interpretacji odmiennej od zarekomendowanej przez Związek Banków Polskich) i zalicza je do kategorii kredytów walutowych, to jak można stawiać zarzut komukolwiek z kredytobiorców co do rozumienia tego „produktu”?

Być może ta nieświadomość prawna wynika z faktu, że jak twierdzi Pan Prezes, w instytucjach przez niego kierowanych, kredyty te nie były udzielane albo po objęciu przez niego  stanowiska były wycofywane z oferty.

I słusznie. Bowiem NBP już w Piśmie z dnia 3 lipca 2002 r. (a zatem kilka lat przed boomem na kredyty denominowane czy indeksowane do franka) zatytułowanym „Ryzyko związane z udzielaniem kredytów w walutach obcych” (NB/BI/PB/022-1/19/02; Pr.Bankowe 2002/9/79) wskazywał, że:

niezabezpieczone ryzyko kursowe dłużnika (np. przychodami w walucie obcej, depozytem walutowym, instrumentami finansowymi) może w sytuacji dużej, skokowej zmiany kursu walutowego spowodować znaczące podrożenie kosztów obsługi długi, zwłaszcza jeśli zmiana taka miałaby trwały charakter. W przypadku takiego scenariusza ryzyko kursowe kredytobiorcy, krystalizujące się w postaci realnych strat z tytułu różnic kursowych, faktycznie przekształca się w ryzyko kredytowe banku. A zatem ryzyko kursowe wpisane w sprzedany przez bank produkt kredytowy i de facto przerzucone na kredytobiorcę może „powrócić” do banku w postaci ryzyka kredytowego.

Dalsza lektura treści tego dokumentu robi duże wrażenie. Jednoznacznie pokazuje, po której stronie relacji bank-klient była wiedza i pełna świadomość zagrożeń, a ile z tej wiedzy zostało udostępnionych klientowi w procedurze „negocjacji” i zawarcia samej umowy kredytowej (to kolejny argument na poparcie tez przedstawionych przez Grzegorza Sroczyńskiego w artykule zatytułowanym: „Wiedzieliście”).

Może jeszcze tylko warto wskazać na wybrane zalecenia NBP dla banków: 

3. ustanowienia wewnętrznych limitów koncentracji na kredyty w walutach obcych i kredyty indeksowane do walut obcych, w szczególności limity na te kredyty, które nie są zabezpieczone odpowiednimi instrumentami ograniczającymi ryzyko kursowe klientów,

4. monitorowania adekwatności zabezpieczania się przez dłużników banku przed ryzykiem wynikającym z ich zadłużenia w walutach obcych i indeksowanego do walut obcych, w tym m.in. analiza wystarczalności „naturalnych” zabezpieczeń, jak przychody w walutach obcych, wpływu charakteru rat (malejące, równe) kredytowych, opcji przewalutowania na wielkość ryzyka kursowego klientów banku,

5. upewniania się, że klienci rozumieją charakter ryzyka, jakie ponoszą w związku z zawieranymi transakcjami,

6. prowadzenia okresowych analiz wpływu hipotetycznych zmian skokowych kursu walutowego złotówki w stosunku do innych walut na zdolność obsługi zaciągniętego w banku długu z tytułu kredytów, pożyczek i innych produktów kredytowych. Analizy te dotyczyć w szczególności powinny dużych kredytobiorców (…).

Ponieważ, jak wskazano w zdaniu ostatnim, analizy te miały dotyczyć głównie „dużych kredytobiorców”, czy zatem należy przyjąć, że co do „małych kredytobiorców” nie jest konieczne dokonywanie wszystkich wskazanych wyżej aktów staranności?

Można bowiem przyjąć już dzisiaj za pewnik, że banki zaniedbały swoje obowiązki (które były doskonale im znane), w zakresie pełnego informowania i, co warte podkreślenia, „upewniania się”, że klienci rozumieją charakter ryzyka.

Ale można też próbować postawić inną, przewrotną tezę: może banki nie informowały o ryzyku dotyczącym samego długu (a nie tylko jego oprocentowania), bo w ogóle to ryzyko nie występuje? Gdyż wysokość długu wcale nie uległa zmianie? 

Kluczową sprawą jest bowiem, czy w świetle zapadłych już orzeczeń polskich sądów i Trybunału Europejskiego UE, dopuszczalne jest twierdzenie, że również wysokość samego długu może ulegać zmianie.

Ciekawie w tym kontekście brzmi fragment jednego z wyroków Sądu Najwyższego (z dnia 24 maja 2012 r., II CSK 429/11; Monitor Prawa Bankowego 9/20-25/2013), dotyczących odrębnych zagadnień niż wyżej omawiane, w którym Sąd ten zauważył, że:

musi być wyjaśnione w sprawie, czemu miało służyć określenie kwoty kredytu we frankach szwajcarskich (..)  oraz, jak się to przekładało na przeliczenia z franka szwajcarskiego w stosunku do złotego w poszczególnych ratach, skoro kurs na przyszłość nie był znany, a co najwyżej mógł być przewidywany. Bank oceniając zdolność kredytową kredytobiorcy musiał to symulacyjnie określić, żeby mieć przekonanie co do realnej możliwości płacenia rat przez powoda.

Definicja kredytu, tak często ostatnio cytowana, wskazuje, że przez umowę kredytu bank zobowiązuje się oddać do dyspozycji kredytobiorcy na czas oznaczony w umowie kwotę środków pieniężnych z przeznaczeniem na ustalony cel, a kredytobiorca zobowiązuje się do korzystania z niej na warunkach określonych w umowie, zwrotu kwoty wykorzystanego kredytu wraz z odsetkami w oznaczonych terminach spłaty oraz zapłaty prowizji od udzielonego kredytu.

Natomiast zasada nominalizmu (art. 358(1) § 1 k.c.) oznacza, że jeżeli przedmiotem zobowiązania od chwili jego powstania jest suma pieniężna, spełnienie świadczenia następuje przez zapłatę sumy nominalnej, chyba że przepisy szczególne stanowią inaczej.

Wobec wykazania, że oba omawiane wyżej rodzaje kredytów nie są kredytami walutowymi, odwołując się do zasady nominalizmu, należy moim zdaniem przyjąć, że „frankowicze” mogą zasadnie twierdzić, że kwota samego długu jest niezmienna, a jej wysokość została ustalona na dzień wypłaty (bądź różne dni, jeżeli kredyt wypłacany był w transzach) zgodnie z klauzulą waloryzacyjną w postaci franka szwajcarskiego na określony moment. 

I nie ma znaczenia, jak twierdzi Pan Prezes Cezary Stypułkowski, ani to czy „mieszkanie to konsumpcja, a nie inwestycja”, ani to, jakich sposobów pozwalających na wyeliminowanie ryzyka walutowego pozwalających „na zapewnienie przez bank finansowania na rynku we frankach (tak zwany hedging naturalny)”, czy źródłem jest „choćby emisja obligacji denominowanych we frankach, emisja obligacji w złotych oraz konwersja tak uzyskanej kwoty na franka w operacjach FX swap czy też krótkie (czytaj o terminie spłaty znacznie krótszym niż czas trwania udzielanego kredytu hipotecznego) kredyty uzyskiwane przez bank we frankach.”

Cała powyższa analiza finansowa nie zmienia charakteru prawnego umowy o kredyt denominowany czy indeksowany. Bowiem jest to umowa w walucie polskiej zwaloryzowanej (w ten czy inny sposób) do waluty Szwajcarii.

A jak mówi stara rzymska paremia pacta sunt servanda, czyli umów należy dotrzymywać.

Jak widzisz, temat zainteresował mnie w tym krytycznym momencie, kiedy frank mocno podrożał. Sądzę, że miałem wówczas sporo racji.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: frankowicze@kancelaria-koenner.pl

Przedawnienie roszczeń – o co chodzi

Marek Koenner30 października 2019Komentarze (1)

Może warto najpierw wyjaśnić na czym polega przedawnienie roszczenia. Chodzi mianowicie o to, że dane roszczenie, przykładowo nasze wobec banku wynikające z nadpłaty kredytu, albo roszczenie banku wobec nas z tytułu kredytu, jeżeli podniesiemy zarzut przedawnienia, nie będzie mogło być dochodzone.

Termin przedawnienia wynosi co do zasady 6 lat, a co do świadczeń okresowych (czyli na przykład w odniesieniu do rat kredytu) – 3 lata. Wcześniej główny termin wynosił nie 6, a 10 lat.

Znowu musimy rozpatrzyć dwa warianty:

I. Odfrankowienie

W tym wypadku nie ma mowy o przedawnieniu, bo umowa nadal obowiązuje. 

Możemy jedynie mieć problem w stosunku do jednorazowych płatności, które były dokonywane niejako w związku z zawartą umową, na przykład do składki, którą uiściliśmy tytułem niskiego wkładu własnego. 

II. Unieważnienie

Tu sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana.

Przede wszystkim sąd stwierdza w wyroku, że umowa jest nieważna – a to oznacza, że roszczenia z niej wynikające nie stanowią już zobowiązań umownych. 

Podstawą tych płatności jest bezpodstawne wzbogacenie, które oznacza, że jedna ze stron albo obie strony są bezpodstawnie wzbogacone kosztem drugiej. Gdyż to, co sobie do tej pory zapłaciły było świadczone bez podstawy prawnej, a dokładniej bez umowy.

W ramach bezpodstawnego wzbogacenia mamy do czynienie z tzw. świadczeniem nienależnym, a przepis art. 410 § 2 k.c. tłumaczy, że świadczenie jest  nienależne, jeżeli ten, kto je spełnił, nie był w ogóle zobowiązany [condictio indebiti] lub nie był zobowiązany względem osoby, której świadczył, albo jeżeli podstawa świadczenia odpadła [condictio causa finita] lub zamierzony cel świadczenia nie został osiągnięty, albo jeżeli czynność prawna zobowiązująca do świadczenia była nieważna i nie stała się ważna po spełnieniu świadczenia.

1. Condictio indebiti

W wielu artykułach i wywiadach prawnicy twierdzą, że w tej sytuacji mamy do czynienia z sytuacją, w której ten, kto spełnił świadczenie, nie był w ogóle do tego zobowiązany, czyli sytuacją określaną jako condictio indebiti.

Na skutek tego można by twierdzić, że roszczenie banku wobec nas o zapłatę całej kwoty kredytu (którą otrzymaliśmy w chwili wypłaty) już się przedawniło, ale nasze roszczenia wobec banku o zwrot zapłaconych kwot jeszcze nie – w zakresie ostatnich 3 lat (jako świadczenia okresowe). 

Takie rozliczenie byłoby oczywiście nadzwyczajnie korzystne dla frankowicza. 

2. Condictio causa finita

O wiele bliższy jest mi pogląd, który zaprezentowała Pani Profesor Ewa Łętowska (Po wyroku TSUE ws. kredytów frankowych: Teraz polskie sądy muszą pokazać, na co je stać – komentuje prof. E. Łętowska, Rzeczpospolita, 6 października 2019 r.) 

Mianowicie stwierdziła, że wobec unieważnienia zachodzi sytuacja, w której odpadła podstawa świadczenia, czyli condictio causa finita.

Skutkiem tego będzie konieczność rozliczenia zapłaconych nawzajem kwot, ale termin przedawnienia zacznie biec na nowo od chwili uprawomocnienia się wyroku.

To rozwiązanie w mojej ocenie zdecydowanie bardziej prawdopodobne.

Ma ono również swoje zalety – mianowicie wówczas bank nie ma żadnych podstaw do żądania jakiegoś „wynagrodzenia” za korzystanie z kapitału za okres kiedy umowa obowiązywała.

Jeżeli chcesz skorzystać z pomocy prawnej, zapraszam Cię do kontaktu:

tel.: 537 404 455e-mail: frankowicze@kancelaria-koenner.pl